Relacja z 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

51. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za nami! Pierwsze dni po zakończeniu uroczystości to zawsze najlepszy okres na podsumowanie, czy kondycja kina nadwiślańskiego ma się lepiej niż rok temu, oraz czy jury przyznało statuetki lwów komu trzeba. Dla polskiego filmoznawstwa tym szczęśliwsze jest umiejscowienie wydarzenia tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego, że studenci Wiedzy o Filmie i Kulturze Audiowizualnej mogą na gorąco podyskutować o obejrzanych produkcjach.

Tegoroczna edycja była pierwszą po hucznych „złotach godach”, po których to z okazji jubileuszu 50-lecia festiwalu wystartowano nawet ze specjalnym projektem „50 na 50”. Jak widać przyjął się do tego stopnia dobrze, że już wkrótce potem doszły informacje na temat kontynuacji cyklu o nazwie „50 na 51”, którego to odsłona odbędzie się również w listopadzie 2026 r w Dyskusyjnym Klubie Filmowym „Miłość Blondynki” na Uniwersytecie Gdańskim.

Wracając do tegorocznej edycji Festiwalu… Jak to co roku, organizatorzy dopilnowali o podtrzymanie atmosfery, tak bardzo charakterystycznej dla święta kina polskiego, który gromadzi największe gwiazdy z całego kraju. Po raz kolejny Teatr Muzyczny, którego próg przekroczyć można wyłącznie za pomocą magicznej akredytacji skrywał w wiele dodatkowych atrakcji. Mili bariści za darmo przygotowywali kubeczek dobrej kawy (ku memu rozczarowaniu nie było jednak możliwości powrotu do pamiętnej zeszłorocznej matchy). Przy dwóch stanowiskach fotograficznych można było za pomocą „magii” dyskusyjnego AI przenieść się na czerwony dywan czy też na character-poster wysokobudżetowej produkcji. Także miłośnicy wytrawnego kina polskiego mieli możliwość przetestowania swej wiedzy w filmowych „Państwach-miastach”, a wygraną była atrakcyjna przypinka tematyczna.

Tegoroczna stron wizualno-estetyczna festiwalu urzekała z każdej strony! Studio Esy-Floresy wykonało kawałek koniec końców całkiem miłej dla oka roboty. Otwierający każdy seans animowany spot, w którym można było odnaleźć kinofilskie perełki, takie jak hołd dla filmu Przypadek (1987) Krzysztofa Kieślowskiego. Jako że rzadko kiedy moją głowę w większym natężeniu zajmowały pamiątki, wyjątkowo w tym roku postanowiłem skusić się na merch. Mało kto ze stałych bywalców potrzebuje zapewne kolejnej torby, której przeznaczenie wkrótce po festiwalu ograniczałoby się głównie do wyjść po zakupy. Istotą jest sam design. Bo przecież jak tu nie kochać kolorów, w tym przypadku gdyńskiego zachodu Słońca, które zdobiły wyprzedawane puzzle czy skarpety.

Wracając pamięcią do zeszłorocznej festiwalowej przygody w Gdyni, poziom wtedy prezentowanych produkcji filmowych kierował głównie w stronę większej frustracji i chęci czym szybszego doczekania finału. Odliczanie minut do końca przeraźliwie męczącego Franza Kafki czy przekraczanie kolejnych granic zażenowania dialogami w Zamachu na papieża, osładzały z mniejszą siłą śmiechy przeplatane z refleksją na Ministrantach czy przeprowadzana z empatią terapia przez reżyserkę Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej. Oczywiście, także w tym roku me oczy ujrzały filmy dobre, jak i złe. Jaka tym razem wyszła mediana wszystkich tytułów? Z pewnością na tyle lepiej, że przemęczenie odczuł jedynie mój organizm, a nie umysł.

W przeciągu niecałego tygodnia udało mi się nadrobić dosłownie wszystkie tytuły jakie można było zobaczyć na gdyńskim festiwalu. Wyjątek stanowiły filmy: Good Boy i Ojczyzna, które rzecz jasna od dłuższego czasu szalały w dystrybucji i miałem okazje obejrzeć je nieco wcześniej. Pamiętam swoje żmudne przygotowania wstępnego festiwalowego grafiku, który pozwoliłby mi zrealizować plan zobaczenia jak największej ilości walczących o nagrody filmów. Jak się okazało, były one daremne, gdyż kilka przegranych walk o miejsce na upatrzonych przeze mnie pokazach zmusiło mnie do aktualizacji planów. Mimo wszystko udało się pogodzić liczbę punktów przysługujących każdemu posiadaczowi akredytacji, jak i wytrzymałość organizmu.

Traf chciał, że festiwal zacząłem projekcją Przez ścianę – opartego na faktach dramatu Macieja Sobieszczańskiego opowiadającego historię miłosną tak niezwykłą, że aż mało kto mógłby w nią uwierzyć. Jak się poźniej okazało [uwaga spoiler], nie obejrzałem nic, co w moich oczach było w stanie przebić love story w języku Morse’a. Dobrą passę pierwszego dnia kontynuowała Maria Wider i dobre Fluidy – dzieło którym można by określić mianem kina Kolskiego w wersji queer. Nasza rewolucja nie okazała się być moją rewolucją i zdecydowanie Piotr Domalewski postanowił zacząć ją spoza kadru. Violetta Villas to kino biograficzne, na którego myśl raczej nie wspomnę sobie słów piosenki Powrócisz tu. Garść świetnych emocji ponownie dostarczył mi Jan Holoubek, który sukces Heweliusza przekuł na wyższy budżet. Efektem był Dziki, dziki Wschód, czyli western w polskich śniegach. Lekko odstałem od dzikich owacji jakie widownia zaserwowała twórcom filmu EXOTIC, choć nie obyło się bez parokrotnego uniesienia mych brwi. Następnie cierpiałem oglądając upadek Smoczyńskiej wraz z jej Hot Spotem i szybko utraciłem poczucie Czasu, który nie nadszedł. Pojedynek koniec końców zostanie zapamiętany w mych wspomnieniach jako całkiem ciekawie przystępne podejście do zawarcia dramatycznych kart polskiej historii. Mniej obcy wzbudził u mnie emocji mniej niż zero, a Zima pod znakiem Wrony z kolei okazała się jedynie lekkim powiewem. Rozczarowującą odpowiedź usłyszał by ode mnie Łukasz Rotunda, gdyby zadał mi pytanie Powiedz mi, co czujesz. Podkreślająca na każdym kroku swój społeczny wymiar Kobieta stanu wolnego broniła się poprawnymi kreacjami aktorskimi, natomiast kończąca u mnie festiwal Syrenka Piccassa to toporną ręką malowany bohomaz, które spodoba się być może Twoim dziadkom, czytelniku.

Poziom Konkursu Głównego nie miał prawa rzecz jasna być najrówniejszy. Być może nie mniej ciekawiej obsadzona została kategoria Perspektyw, w której to szanse na zaistnienie miały tytuły jeszcze bardziej niszowe. Przede wszystkim brawa należą się Pawłowi Podolskiemu, którego komediodramat Ma to sens urzeka właściwościami terapeutycznymi przeplatanymi z ciepłym humorem. Winszuję także debiutu po drugiej stronie kamery Agacie Trzebuchowskiej i jej SICK – tytułowi nieprzypadkowemu, bo idealnie określającego samopoczucie odbiorcy na widok kolejnych przekroczonych barier dobrego smaku. Kalafior przeznaczenia zawiera wartości odżywcze dla wytrawnego kinomana, a Postój z pewnością nie tylko głównego bohatera zmieni na lepsze. Ciekawą próbą zaistnienia z kinem grozy na polskim podwórku było Ópi, z kolei Czarna godzina z niekłamaną przyzwoitością i w krzywym zwierciadle przedstawia problem znalezienia własnego kąta w stolicy kraju. Odstają od reszty Miłe kobiety, które choć faktycznie są miłe acz zbyt mało charakterne. Na pretensjonalny popis twórczego ego jakim są Mroki wolałbym natomiast spuścić wyłącznie zasłonę milczenia.

Finałowej soboty jury postanowiło całkowicie pójść naprzeciw mym preferencjom. Zaskoczeń było wiele. Niezbyt rozumiem nagrodę za drugi plan dla Jacka Komana w Naszej rewolucji, który jako zaprzyjaźniony z państwem Kuroniów lekarz nie miał zbyt mocnego pola do popisu. Szokiem były dla mnie wszystkie wyróżnienia dla Hot Spot, z których jedynie statuetkę za kostiumy nie śmiałbym odebrać twórcom. Nie wiem też czym jury kierowało się przyznając drugą najważniejszą nagrodę sekcji Perspektyw akurat Miłym kobietom, podczas gdy inne wyświetlane w jej ramach tytuły posiadały więcej do zaoferowania. Już większą wyrozumiałość wywołało u mnie przyznanie 1. miejsca Czarnej godzinie, która broniła się poruszaną tematyką, jak i postmodernizmem. Tak samo nie wiem czemu w Konkursie Głównym za drugi najlepszy film festiwalu uznano akurat Powiedz mi, co czujesz. Czyżby próba odzyskania honoru po zeszłorocznym olaniu dzieła Emi Buchwald? Pozytywnie oceniam statuetki w kategoriach żeńskich, gdyż obie kreacje w EXOTIC były wystarczająco solidne (mimo, iż sercem byłem za Marią Dębską), podobnie jak nagrodę za reżyserię dla Pawła Pawlikowskiego stanowiącą zresztą pewnego rodzaju pocieszenie. Nic jednak tak nie wprawiło mnie stan niepohamowanej radości jak finałowy werdykt. Nie spodziewałem się, że jury faktycznie będzie chciało nagrodzić mego faworyta, jakim było Przez ścianę. Byłem zdania, że nie będzie to dzieło, które kupi każdego odbiorcę, a już w szczególności jurorów. Przewidywałem wstępnie wybór Good Boya lub Ojczyzny. Triumf Sobieszczańskiego nie potraktuję jako nic innego jak pozytywne zaskoczenie, które tylko podkręci moje nadzieje na jak najszybszą dystrybucję.

Z minioną edycją Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni z pewnością będą mnie wiązały nieco sympatyczniejsze wspomnienia niż z ubiegłoroczną. Drobny krok w przód dla kina polskiego, niezależni twórcy powoli zaznaczający swą obecność w świadomości krytyków czy kolejne aktorskie talenty, które w przyszłości mogą namieszać (wspominałem, że Julia Totoszko jest sercem Fluidów?) Pozostaje teraz patrzeć wprzód i zastanawiać się ile dobrego przyniesie przyszłoroczna 52. Edycja…

Na zakończenie postanowię podzielić się rankingiem wszystkich filmów – z podziałem na zarówno sekcję Konkursu Głównego, jak i Perspektywy. Nie sądziłem, że przy całej mojej dyspozycji 34 wejściówkami i 6 dniami będę w stanie nadrobić każdy tytuł i nawet znaleźć czas na garść krótkich metraży.

KONKURS GŁÓWNY

  1. Przez ścianę – 8/10
  2. Ojczyzna – 8/10
  3. Dziki dziki Wschód – 7/10
  4. Fluidy – 7/10
  5. Good Boy – 7/10
  6. Exotic – 6/10
  7. Kobieta stanu wolnego – 6/10
  8. Powiedz, co czujesz – 6/10
  9. Pojedynek – 6/10
  10. Nasza rewolucja – 6/10
  11. Czas, który nie nadszedł – 5/10
  12. Zima pod znakiem Wrony – 5/10
  13. Violetta Villas – 5/10
  14. Syrenka Picassa – 4/10
  15. Mniej obcy – 4/10
  16. Hot Spot – 3/10

PERSPEKTYWY

  1. Ma to sens – 7/10
  2. SICK – 7/10
  3. Kalafior przeznaczenia – 7/10
  4. Postój – 7/10
  5. Ópi – 6/10
  6. Czarna godzina – 6/10
  7. Miłe kobiety – 4/10
  8. Mroki – 2/10

Autor relacji: Krystian Miderski
(fot. archiwum relacji FPFF)